Mamy lipiec, dokładniej mówiąc 5 lipca. 9 dzień wakacji. Ale każdy z tych dni był jedyny w swoim rodzaju
26 czerwca, piątek - Zakończenie roku szkolnego. Zostałem postawiony na "ławie oskarżonych" za zbyt dobre wyniki w nauce. Sędzinę grała najładniejsza dziewczyna w szkole, a prokuratora i obrońcę moi dobrzy koledzy. Kilka minut później zostałem zaskoczony dyplomem i nagrodą rzeczową za najlepszy w szkole wynik egzaminu gimbazjalnego. No a na koniec zaśpiewałem piosenkę o naszych nauczycielach - w końcu mogłem "legalnie" się z nich pośmiać :D Po południu miałem ostatnie ognisko ze swoją klasą. Nie spałem przez większość nocy, bo nie chciałem dopuścić do "rewelacji żołądkowych" z powodu ogniskowego jedzenia.
27 czerwca, sobota - ledwie zjadłem jogurcik na śniadanie. Potem wyruszyłem z tatą do Białobrzegów, do babci. Oczywiście, musiała ugościć nas obiadem. Aż się dziwiła, dlaczego tak dziwnie wyglądam. Do babci pojechaliśmy właściwie w celu przywiezienia do domu mojego brata - studenta. Po przyjeździe, dziwnym trafem wrócił mi apetyt.
28 czerwca, niedziela - Msza o 10, dowiedziałem się, że mój wikary jedzie na urlop i przez miesiąc będę musiał męczyć się z proboszczem. Po południu wyruszyliśmy na obiecany od miesiąca obiad w kieleckiej restauracji. Restauracji, która udawała ekskluzywną. Ale jedzenie było przyzwoite, nie ma na co narzekać.
29 czerwca, poniedziałek - O 7:30 wyruszyłem z domu, aby pobrać krew na badanie na (brrr) boreliozę. Coś dziabło mnie 3 tygodnie temu i trzeba to sprawdzić. Potem wraz z koleżanką poszedłem składać papiery do szkół. Zajęło nam to krótką chwilę - spodziewałem się conajmniej 3 godzin. Mieliśmy więc wolny czas do 16. Lecz nie wiedzieliśmy co robić. Przeszliśmy kilka razy kielecką Sienkiewkę i inne zakamarki. W wielkim zdziwieniu uświadomiłem jej, że w Kielcach jest rynek. Po południu poszedłem na mszę, w czasie której byłem lektorem na pełen etat - 2 czytania, psalm i Alleluja. W końcu była to uroczystość św. Piotra i Pawła
30 czerwca, wtorek - Rano odwieźliśmy mamę na dworzec. Jechała do sanatorium. Potem poszedłem z tatą do Urzędu Miasta po odpis aktu urodzenia, który mógł się przydać, gdybym dostał się do mojej wymarzonej szkoły. Następnie wybraliśmy się do MediaMarktu, żeby skorzystać z rabatu za szkolne oceny. Zyskaliśmy 86 złotych. Kupiłem sobie pokrowiec na tablet w słitaśnie czerwonym kolorze. Czarnych tego typu nie było, w każdym razie nie w przyzwoitej cenie. Wieczorem poszedłem na spacer za granicę. Zagnańska oczywiście. Zrodził się wtedy w mojej głowie pomysł, żeby wybrać się kiedyś do Kielc na piechotę. Mam w sumie jeszcze prawie 2 miesiące wakacji na to.
1 lipca, środa - Umówiłem się z kolegą na tzw. polowanie, czyli fotografowanie samochodów służb alarmowych. Taka dziwna pasja. Przy okazji spotkałem się z sędziną (patrz 26 czerwca, żeby sprzedać jej książki. Była baaardzo przestraszona. Bardziej, niż ja zazwyczaj. Po południu, jak to zwykle w środy poszedłem na mszę pod przewodnictwem naszego ks. proboszcza.
2 lipca, czwartek - to miał być dzień nicnierobienia. Jednak nie byłbym sobą, gdybym zrealizował w pełni ten plan. Około południa udałem się na kolejny spacer "za granicę", tym razem z drugiej strony. Gdy wracałem, złapała mnie moja sąsiadka i zarazem ex-wychowawczyni. Prosiła, abym pomógł jej kupić przez internet komodę. Przy okazji poczęstowała mnie pysznymi lodami, których ślad został na mojej czapce. Wieczorem poszedłem na mszę, a potem spotkałem się z kolegą z mojej ex-klasy. Wyruszyliśmy w naszą wiochę, przy okazji spotykając koleżanki. Dzień zakończyłem zachwytem nad pomidorami, które jadłem do kolacji.
3 lipca, piątek - O 12 miały być wyniki rekrutacji do szkół. Rano, moim zwyczajem sprawdziłem sobie fejsbuczka, a tam - gratulacje od koleżanki z poniedziałku. Sprawdzam listę na stronie szkoły i... TAK! DOSTAŁEM SIĘ! Pełen radości wyruszam do Kielc do lekarza na interpretację wyników badań z poniedziałku. A tu wyników ni ma. Wróciłem do domu, gdzie zastała mnie kolejna niespodzianka - otóż koleżanka z nowej klasy koniecznie chciała nas jak najwcześniej zintegrować i założyła grupę na fb. Świetnie :) Po skompletowaniu w popłochu potrzebnych dokumentów, wyruszyłem złożyć je do szkoły. Po ich złożeniu poznałem na korytarzu kolejną koleżankę z klasy. Z innego województwa - zastanawiam się do dziś, co ona tutaj robi. Następnie poszedłem na mszę do katedry. Zdecydowałem się służyć do niej. Po mszy pewna kobieta powiedziała mi, że "zawsze się tak pięknie modlę". Ok, ok, tylko, że ja byłem tam pierwszy raz, jako ministrant. Następnie poszedłem fotografować 26 Wyścig Solidarności i Olimpijczyków. I jestem dumny ze swoich zdjęć zrobionych nowym aparatem - żyleta po prostu! Po przyjeździe jeszcze dłuuugo pisałem na fb z moją nową klasą.
4 lipca, sobota - Rano zostałem wysłany przez tatę do sklepu. A sobota rano to czas największych kolejek. Nie wiedziałem, jak przejść między półkami. Moje leniuchowanie w południe przerwał telefon od księdza proboszcza, który prosił mnie, bym przyszedł służyć na ślubie. Pierwszy raz również śpiewałem na tego typu mszy psalm. Wieczorem u mojego kolegi odbyło się ognisko z moją "paczką". Dziwiłem się, czemu mój tata nie wydzwania do mnie co pół godziny. Po przyjeździe okazało się, że zniszczył się niezniszczalny Siemens A52 - zaczął gubić sygnał. Dzień skończyłem na testach tego telefonu i podjęciu z tatą decyzji, że musi on kupić sobie nowy telefon.
5 lipca, niedziela - Jak zwykle msza o 11:30, po której spotkałem się z moimi kolegami-ministrantami, następnie przyzwoity obiad w wykonaniu mojego taty, wyprawa po lody do sklepu, który był zamknięty i spacer "za granicę" Przy okazji spróbowałem owoców leśnych - polecam :)
To już koniec na dziś, jeśli coś ciekawego się wydarzy, to postaram się opisać
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz